Kategorie: Wszystkie | "Od kuchni" | Krówkowo :) | Słodko | Warzywnie | Wytrawnie
RSS
czwartek, 20 sierpnia 2009
Pochwała prostoty, czyli tortille

torille pszenne

Dla mnie są zjawiskowe, jak wszystkie dania "z niczego", którymi można się autentycznie delektować, a ich smak wspominać długo, długo...Tortilla, niby nic, a jednak COŚ, coś, na co miałam ochotę od dawna, tylko jakoś zawsze okazji brakowało i przyznam szczerze odwagi - czy wyjdą, takie jak trzeba, elastyczne, mięciutkie, z delikatną "skorupką" na powierzchni? Nadarzyła się okazja (przyrządzałam chili, przepis niebawem :)), więc zacisnęłam zęby i z drżącym sercem zaryzykowałam samodzielnie wykonanie wymarzonych hiszpańskich placków. Wyszperałam przepis podstawowy na Gotujmy.pl., zmodyfikowałam nieco na podstawie kilku innych, coby odpowiednio wypośrodkować podle własnych odczuć prawdopodobieństwa skwaszenia ;). I tadam! O dziwo wyszły! Takie jak trzeba, mało samokrytycznie powiem, że niemal idealne, lepsze niż kupne, mmm. Przywołały wspomnienia odległych stron. Polecam wypróbować :)

Tortille pszenne

Czas przygotowania (łączny, ze "smażeniem"): ok. 30 min.

Niezbędne będą:

- Porządna patelnia, najlepiej teflonowa, albo żeliwna

- stolnica do wyrobienia ciasta i uformowania placków

- wałek

Składniki (dla 2 osób - ok 12 placków, +/- zależnie od grubości):

- 2 szklanki mąki pszennej

- 2 czubate łyżeczki masła, margaryny, albo smalcu

- 2 płaskie łyżeczki soli

- 1 łyżeczka (z "górką") proszku do pieczenia

- ciepła woda, ok pół szklanki, zależy ile wchłonie ciasto

Do dzieła:

Przygotowujemy ciasto - ogólnie tak jak pierogowe. Wysypujemy mąkę na stolnicę, dodajemy sól, proszek do pieczenia, palcami rozkruszamy w niej masło i powolutku dolewamy wodę, na bierząco zlepiając ciasto, aż powstanie nam zwarta, elastyczna, nie lepiąca się, ale "przylepna" kula, czyli w konsystencji ciasto pierogowe ;). Zawijamy ciasto w woreczek, coby nie wyschło. Odrywamy od niego kulki, rozwałkowujemy cieniutko na grubość ok 1-2 mm. Tak uformowane placki wrzucamy na suchą, rozgrzaną patelnię i smażymy dosłownie kilkanaście sekund z każdej strony, aż placuszki leciutko się przypieką, ale pozostaną elastyczne! UWAGA! Patelnia musi być naprawdę dobrze rozgrzana, a gaz duży, tylko wtedy tortille ładnie się zrumienią z zewnątrz a jednocześnie pozostaną elastyczne. Podawać z ulubionym sosem (najlepiej wszelkiego rodzaju fasolowe wariacje), bądź wsuwać same :). Smacznego!

torille pszenne

środa, 19 sierpnia 2009
Na okrągło, morelkowo, czyli idziemy za knedlowym ciosem :)

knedle z morelami

Knedle ze śliwkami z ciastem serowo-ziemniaczanym z przepisu Aklat (http://ucztujac.blox.pl/html) zrobiły na moim podniebieniu tak niebiańskie wrażenie, że postanowiłam pójść na całość i wziąć na warsztat także morelki :). Efekt - boski, acz chyba jednak wolę wersję śliwkową. Dlaczego? Morelki są po ugotowaniu zdecydowanie bardziej kwaskowe, może winnam dać więcej cukru do środka? Dałam tyle samo, co do śliwek, po pół łyżeczki, dla mnie nieco za mało. Musiałam dosypywać po wierzchu, czego zazwyczaj nie czynię. Warto jednak nadmienić, że jestem cukrowa kobita, słodyczy się nie boję, więc pewnie, dla mnie zasłodzonych kndele z morelami będą ideale! Mojemu lubemu, który jest amatorem tych owoców bardzo smakowały, choć przyznał, jako i ja, że słodyczy mogłoby być w środku więcej.

knedle z morelami

Knedle z morelami

Czas przygotowania (z gotoawniem): ok. 30 min. (dla wprawionych już nieco w lepieniu)

 

Potrzebne będą:

- garnek z prostymi ściankami do pierwszego utarcia masy

- stolnica do wtórego wyrobienia

- duży, płaski gar do gotowania

- praska do ziemniaków

- łyżka cedzakowa do odławiania ugotowanych knedli z gara

- ściereczka do wykładania gotowych knedelków przed ugotowaniem

 

Składniki (dla 3 osób - ok 18 knedli):

- 30 dag ziemniaków gotowanych

- 30 dag białego sera (tym razem dałam tłusty)

- ok. 1 szklanki (250 ml) mąki

- ok. 70 dag zgrabnych, dojrzałych morelek

- 1 jajko

- cukier

- cynamon, śmietana, jogurt, cukier, bułka tarta, masełko, do wyboru, do koloru podle upodobań :)

 

Do dzieła:

Myjemy owoce, wydłubujemy pestki nie rozrywając połówek. Nastawiamy gar wody, niech się pyrkoli ;). Ubijamy ziemniaki praską, dodajemy biały ser, razem zagniatami na gładką, jednolitą w barwie i konsystencji masę. Wyciągamy ciasto z garnka na stolnicę, dodajemy jajko, mąkę i wyrabiamy dodając mąki w miarę potrzeby do czasu, aż uzyskamy lekko klejące się, ale zwarte i dość elastyczne ciasto. Natsępnie odrywamy od ciasta kawałeczki, formujemy z nich krążki, układamy na środku morelkę (uprzednio wsypujemy do jej wnętrza cukier - ja dawałam pół łyżeczki). Zalepiamy ostrożnie. UWAGA! Knedle będą się łatwiej formowały i zaklejały, jesli przed wykonaniem każdego kolejnego oprószymy dłonie mąką! Gotowe knedle układamy w oczekiwaniu na wrzut do gara na ściereczce, coby się nam nie przykleiły do podłoża (można też układać na posypce z mąki, np. na stolnicy). Kiedy wszystkie są gotowe, przystępujemy do gotoawnia. Wrzucamy na wrzątek i gotujemy 3 - 4 min. (zależy jak grubaśne ciastem opasaliśmy nasze owocki) od czasu wypłynięcia. Wykładamy łyżką cedzakową na talerze, podejmy gorące z ulubionymi dodatkami. Smacznego :)

knedle z morelami

 

wtorek, 18 sierpnia 2009
Gorący romans ziemniaka z jajem, czyli zapiekanka

zapiekanka ziemniaczana

Niezawodne, szybkie danie z gatunku sprzątaczy lodówki, przy tym jednak bardzo smaczne i przy odrobinie dobrych chęci całkiem wyględne (nie u mnie tym razem niestety ;)), tak, że w gronie przyjaciół zupełnie spokojnie można podać na stół. Zapiekanka owa jest moją autorską wariacją wokół przepisu na zapiekankę węgierską zaczerpniętego dawno temu z Kulinarnego Atlasu Świata. W wersji oryginalnej poza składnikami, które pozostały niezmienne (jajo, ziemniak, cebula), znajdowała się kiełbasa i śmietana, u mnie zastąpiły je rybki: łosoś bądź tuńczyk oraz beszamel. Jakikolwiek będzie Wasz zestaw, a fantazjować z tym daniem można, oj można, zapewniam, że będziecie kontent. Zawsze bowiem wychodzi smakowite, pachnące i sycące.

Zapiekanka ziemniaczano - jajeczna


Czas przygotowania (z zapiekaniem): ok. 50 min.

 

Niezbędne będą:

- Naczynie żaroodporne

- rondelek do beszamelu

- patelnia do przesmażenia cebulki i czosnku

 

Składniki (dla 3 - 4 osób):

- ok 50dag ugotowanych ziemniaków (w mundurkach)

- 3 jaja na twardo

- 1 cebula

- 4-5 ząbków czosnku

- Szklanka mleka (250 ml)

- łyżka masła + trochę do wysmarowania formy

- łyżka mąki

- ser żółty dobrze się spiekający (miałam morski)

- 2 puszki tuńczyka w sosie własnym lub ok. 20-30 dag wędzonego łososia

- Ulubione przyprawy dobra jest papryka słodka i ostra, niezłe jest też na modłę włoską z oregano, bazylią bądź tymiankiem.

 

Do dzieła:

Piekarnik nastawić na 180st. Zaczynam zawsze od przygotowania składników i formy. Formę wysmarowuję masłem. Ziemniaki i jajka kroję na plasterki. Cebulę siekam "w piórka", czosnek w płatki, wrzucam na patelnię z odrobiną oliwy i podsmażam na szklisto - złoto. Odsączam tuńczyka lub kroję w paski łososia. Ser ścieram na tarce. Przystępuję następnie do beszamelu. W rondelku podsmażam masło i mąkę, dodaję mleko, solę, zagotowuję ciągle mieszając do zgęstnienia. Gdy wszystkie części składowe zapiekanki są gotowe do użycia, przystępuję do etapu końcowego, czyli układania warstw. Zaczynam od ziemniaków, układam ich plastry na dnie, następnie jajka (po ułożeniu obsalam!), cebulka z czosnkiem, tuńczyk/łosoś, beszamel, ser i od początku, aż do wyczerpania składników. Nie można zapomnieć w trakcie układania warstw o posypywaniu przyprawami! Mi się to niestety parę razy przytrafiło i musiałam ratować się dodając na wierzch, ale wiadomo, nie to samo ;). Na wierzchu powinien być beszamel pokryty serem. Wstawiam na ok. 20-30 min. do piekarnika, wyciągam jak ser będzie ładnie zrumieniony. Smacznego :)

zapiekanka ziemniaczana

niedziela, 16 sierpnia 2009
Tarta - kolejna odsłona kajmaku, mazidła bogów :)

tarta kajmakowa

Pisałam już, że kocham go niezmiernie, miłością trwałą i gorącą od wczensych lat dzieciństwa? Ni nektar, ni ambrozja, ni żadne złote pyłki, nie robiły na mnie wrażenia, z krainą bogów, mlekiem i miodem płynącą ,kojarzył mi się tylko kajmak - krówka. Nieziemskie połaczenie rzeczonych mleka i miodu (no prawie ;)). Jako nastolatki, z przyjaciółką, opychałyśmy się przez szkolne lata niemal co dzień mało szlachetnym, stanowiącym jeno zaczątek orygniału, mlekiem słodzonym w tubce. Dziś, mając własny garniec i kuchnię, kiedy najdzie mnie nieodparta ochota na owo złote mazidło, czynię je z pełnym namaszczeniem i podle wszelkich, odwiecznych zasad, coby smakowało właśnie tak, jak powinno - bosko.

Równie chętnie jak jem, wykorzystuję kajmak do wypieków wszelkicj maści. Prezentowałam Wam już piszingera z jego udziałem, na święta zawsze jest "krówkowy" mazurek, ostatnio poczyniłam zaś tartę. Zainspirowana przepisem wyszperanym u Kredki na jej blogu Malowane Smakiem wzięłam się do roboty. Zazncazam, że mocno recepturę na to ciasto zmodyfikowałam znacząco, myślę, że na tyle, że powastało coś niemal zupełnie innego ;), ale tak miało być, bowiem chciałam uzyskać tartę bardziej kajmakową, mniej czekoladową, której to smak wydawał mi się dominować w pierwowzorze. Ponadto zależało mi na spodzie z ciasta kruchego (bo je uwielbiam), dlatego zrezygnowałam z ciastek na rzecz spodu pieczonego. Wyszło przepysznie, mój M. był zachwycony, ja niemniej, a kto wie, może i nawet więcej :). Ciasto fajne, bo pomimo kajmaku, wcale nie bardzo słodkie, odpowiednio wyważone, naprawdę fajne i uniwersalne. Szczerze polecam.

tarta kajmakowa

Tarta kajmakowa z bitą śmietaną i bananami

Czas przygotowania (bez pieczenia i czasu schładzania ciasta ;), czyli czysta robocizna): ok. 20 min.

Niezbędne będą:

- tortownica z wyciąganym dnem średnica 20 cm

- stolnica do wyrobienia ciasta

- wałek

- mikser do ubicia śmietany

- drobnooczkowa tarka do poczynienia wiórków czekoladowych

- 2 miseczki

Składniki na ciasto (spód):

- 1,5 szklanki (250ml) mąki

- 2 żółtka

- ok 80g schłodzonego masła

- 2 czubate łyżki śmietany (18%)

- 2 płaskie łyżki cukru pudru

- 1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia

- 4 łyżeczki kakao naturalngo

Składniki na wierzchnie warstwy:

- kajmak (ja robiłam sama - przepis w dziale "krówkowo", może być też z puszki ;))

- śmietanka kremówka 30%

- 2 banany

- sok z połówki cytryny

- kilka kostek gorzkiej czekolady

tarta kajmakowa

Do dzieła:

Zaczęłam oczywiście od kajmaku (ok 60 min. pyrkolenia), dla mniej zdeterminowanych proponuję kajmak w wersji kupnej, puszkowej (choć wierzajcie - smak już nie ten!). Następnie przystąpiłam do ciasta. Wymieszałam składniki suche, następnie "wsiekałam" do nich schłodzone masło, rozdrobniłam je i wymieszałam z mąka i resztą, za pomocą noża. Następnie dołożyłam żółtka, śmietanę i zagniotłam gładkie ciasto. Ciasto uformowałam w elegancką kulę, zawinęłam w woreczek i wrzuciłam na ok 30 min do zamrażarki. W tym czasie rozgrzałam piekarnik do 220st., ubiłam śmietankę na sztywno, pokroiłam banany w ok 1 cm plasterki. Pokrojone banany wrzuciłam do miseczki i zalałam sokiem z cytryny. Ubita śmietana i bananki powędrowały tymczasem do lodówki. Wyciągnęłąm ciasto, pokroiłam na plastry, każdy rozwałkowałam na grubość ok 3 mm i wyłożyłam nimi tortownicę (uwaga - forma ma być such, żadnego masła :)). Brzegi wyłożyłam na wysokość ok. 2 cm. Wstawiłam do piekarnika na 20 min. W międzyczasie dokończyłam kajmak, wymieszałam ze sobą banany z sokiem cytrynowym i ubitą kremówkę. Po upieczeniu i wystudzeniu ciasta nałożyłam warstwy: kajmak, następnie banany z kremówką, wyrównałam, wierzch posypałam wiórkami czekoladowymi i większymi kawałeczkami czekolady. Tak sporządzone ciacho spędziło przed konsumpcją obowiązkowe dwie godz. w lodówce. Było niezmieskie!!! Spróbujcie sami. Smacznego :)

tarta kajmakowa

piątek, 14 sierpnia 2009
Paróweczki w zwiewnych szlafroczkach wieczorową porą

parówki w szlafroczkach

Danie niezawodne na każdą właściwie okazję, o każdej porze dnia (i nocy ;)), proste niczym drogowe pasy, a do tego pyszne i sycące. Od kiedy pierwszy raz je zrobiłam na sylwestra, na stałe zagościło w moim repertuarze i powraca cyklicznie, już nie tylko w jako biesiadne "coś na ząb". Polecam wszystkim zaganianym, kiedy mają ochotę na coś konkretnego a czasu i sił nie za wiele :). Nie będziecie zawiedzeni!

Parówki w zwiewnych szlafroczkach

Czas przygotowania (z pieczniem): ok. 40 min.

Potrzebne będą:

- papier do pieczenia

- wałek

- stolnica

Składniki (dla 3 głodnych osób :)):

- 400g ciasta francuskiego

- 6 cienkich parówek

- ok 50g żółtego sera (gatunek - wedle upodbań)

- ok 2-3 łyżek ketchupu

- oregano

Do dzieła:

parówki w szlafroczkach

Nastawiamy piekarnik na 210st. Najlepiej na grzanie oddolne. Ciasto francuskie wałkujemy na grubość ok 3-4 mm, kroimy na kwadraty równej wielkości. parówki przekrajamy na pół. Ser kroimy w cienkie słupki. Układamy na każdym kawdraciku ciasta pół parówki, obok słupek, dwa słupki sera, polewamy parówkę odrobiną ketchupu (ile kto lubi), posypujemy oregano. Kwadraciki składamy na pół i zawijamy rożki. Układamy na papierze do pieczenia, zostawiając odstęp między zawiniątkami na wyrośnięcie. Wstawiamy do piekarnika na ok 20 min. (aż ciasto się przyrumieni). UWAGA! Jeśli ktoś lubi ciasto francuskie przypieczone ładnie z wierzchu na złoto niechaj przed wstawieniem rożków do piekarnika posmaruje je po wierzchu żółtkiem. Ja wolę w wersji naturalnej :). Smacznego!

czwartek, 13 sierpnia 2009
Słodkie szaleństwo

ciasto jogurtowo-kawowe

Oj tak, to ciacho to istne szaleństwo. Zawładnęło moimi myślami od kiedy zobaczyłam na nie przepis po raz pierwszy na blogu Majanki (od niej też zaczęrpnęłam przepis). Wiedziałam, że po prostu MUSZĘ je upiec. Ustami wyobraźni czułam jego smak, wyczuwałam zapach. Nie zawiodłam się, jak sobie wymarzyłam, tak smakowało. Niezwykłe ciasto. Miękkie, delikatne, dość wilgotne, ale nie ciężkie, rozpływające się w ustach. W smaku nie bardzo słodkie (odjąwszy boską glazurę kawową :)), wyważone, nuty kawowa i kakaowa doskonale się uzupełniają i żadna nie dominuje, naprawdę super. Zdecydowanym kawowym akcentem jest natomiast glazura, ciężka i baaaardzo słodka, pachnąca świeżą kawą - dla mnie odjazdowa. Wyśmienicie harmonizuje z dużo mniej słodkim, puszystym ciastem. Ciasto to ma jeszcze jedną niewątpliwą zaletę - jest mega proste w wykonaniu i równie szybkie. Odnoszę wrażenie, że nie może się nie udać, doskonale nadaje się więc dla początkujących cukierników :) (patrz ja). Serdecznie polecam wszystkim miłośnikom kawy, czekolady i wilgotnych ciast.

Ciasto jogurtowo-kawowe

Czas przygotowania (z pieczeniem): ok. 1 godz.; bez pieczenia: 10 min.

Potrzebne będą:

- foremka keksowa

- miska do wymieszania masy na ciasto

- mikser

Składniki na ciasto:

- 60g miękkiego masła

- 250 ml. jogurtu naturalnego (ja dałam 0,5 %)

- 220g mąki

- 220g cukru

- 35g kakao (ok. 0,3 szklanki)

- 2 jajka

- łyżeczka proszku do pieczenia

- łyżeczka sody oczyszczonej

- 2 łyżki kawy rozpuszczalnej

Składniki na glazurę:

- 1,5 szkalnki cukru pudru

- łyżka masła

- 2 łyżki mleka

- 3 łyżki kawy rozpuszczalnej (dałam czubate ;))

Do dzieła:

ciasto jogurtowo-kawowe

Pracę rozpoczęłam od nastawienia piekarnika na 180st. i wysmarowania foremki masłem. Foremkę wysypałam dodatkowo tartą bułką, ale myślę, że to niepotrzebne, niezbyt dobrze wygląda na tle ciemnego ciasta i i utrudnia nałożenie glazury na boki. Następnie widelcem wymieszałam dokładnie wszystkie składniki suche w wysokiej misce, dodałam pokrojone na kawałeczki masło, jajka, jogurt i przystąpiłam do miksowania. Mieszałam masę na średnich obrotach do uzyskania jednolitej, gładkiej, puszystej konsystencji, następnie przelałam do foremki. Wstawiłam do piekarnika ustawionego na grzanie od góry i dołu, bez termoobiegu na równe 50 min. Pozosawiłam w foremce jakieś 20 min., następnie wyciągnęłam i odłożyłam do wystygnięcia na desce (lepiej na kratce piekarnikowej, coby się nie "zaparzyło" od spodu i nie przesiąknęło zapachem deski, jak miało to miejsce u mnie - ledwo wyczuwalnie, ale jednak ;)). Gdy ciasto było prawie wystudzone przystąpiłam do spożądzenia glazury. Do rondelka wsypałam cukier puder, kawę, dolałam mleko, dorzuciłam masło, podgrzałam na malutkim ogniu do rozpuszczenia składników i uzyskania gładkiej, lekko lejącej się ale zwartej masy. Glazurą polałam wierzch ciasta, następnie rozprowadziłam naożem po bokach. Został jeszcze nadmiar do wylizania :). Zjadłam za jednym posiedzeniem, 3 kawałki "od serca", choć miał być jeden, nie mogłam się pohamować. Obłęd O.o

Przed glazurowniem, jeszcze cieplusie :)

ciasto jogurtowo-kawowe

Po nałożeniu glazury :)

ciasto jogurtowo-kawowe

 

 

środa, 12 sierpnia 2009
Na szybko, czyli makaroni w roli głównej

conchiglioni z tuńczykiem

Kiedy potrzba sycącego obiadu, a czas siedzi na karku, z pomocą przychodzi mi zawsze ON - makaron i jego wierny towarzysz o twarzach tak wielu, ile gwiazd na niebie - sos. Ubóstwiam tę wierną parę. Towarzyszy mi od zawsze i wszędzie. Pod namiotem, żaglach, górach, mazurach...Ostatnio równie często, w wersjach nieco bardziej wyszukanych, gości w mojej stacjonarnej, domowej kuchni. Można powiedzieć, że uczę się z nimi współpracy na nowo i traktuje z coraz to większym szacunkiem. Smakuję różne odmiany, eksperywmenuję z kształtami, frajda przy tym  nie lada.

Tym razem do garnka pomaszerowały średnie muszelki wespół w zespół z szarym tuńczykiem i malinowym pomidorem :)

Conchiglioni z tuńczykiem w pomidorach

Czas przygotowania: ok. 20 min.

Potrzebne będą:

- garnek na makaron

- patelnia

- rondelek na sosik

- mieszadła ;)

Składniki (na procje dla 2 żarłoków):

- ok 150g suchego makaronu - muszelek

- puszka tuńczyka w sosie własnym (najlepszy jest w kawałkach, dziś miałam rozdrobniony - mniej wyględny ale równie dobry :))

- 3 dorodne pomidory, najlepiej malinowe

- łyżka koncentratu pomidorowego

- pół dużej cebuli

- 3 ząbki czosnku

- łyżka oliwy z oliwek

- zioła prowansalskie

- ser do posypania (gatunek wedle woli, niema wszystkie żółte pasują)

- łyżka mąki i łyżka masła (na zasmażkę) - opcjonalnie podle gustu (ja wolę bez)

Do dzieła:

Nastawiamy wodę n makaron. Parzymy pomidory, obieramy ze skórki, wrzucamy pkrojone do rondelka i redukujemy na średnim gazie do postaci pulpy, dodajemy koncentrat, ew. zasmażkę. W międzyczasie kroimy cebulę w pórka, czosnek w cienkie plasterki, rozgrzewamy oliwę na patelni. Podsmażamy cebulę i czosnek, dorzucamy do nich odsączonego tuńczyka. Smażymy aż się wszystko ładnie przyrumieni. Wrzucamy podsmażonego tuńczyka do pulpy, mieszamy, chwilkę pyrkolimy na wolnym ogniu, przyprawiamy. Ugotowany, gorący makaron nakładamy na talerze, na niego sos, posypujemy startym serem i pochłaniamy :). Smacznego!

conchiglioni z tuńczykiem

wtorek, 11 sierpnia 2009
Pierwsze śliwki w mojej kuchni tego roku :)

knedle ze śliwkami

Tadam! Oto są, moje ukochane fioletowo - bordowe późnoletnio jesienne pyszności. Mają w sobie coś magicznego, przywołują wspomnienia, jak tylko pojawiają się na straganach dostaję gęsiej skórki i po prostu muszę, muszę je mieć. Na kulinarną refleksję nad nimi przychodzi czas nieco później, kiedy można je nabyć w "ludzkiej" cenie. Oto nadszedł ten moment. Rozpoczynam od knedli, na które wielkiego smaka narobiła mi Aklat (Ucztując...http://ucztujac.blox.pl/html) swoim obłędnym morelowym szaleństwem. Bez bicia się przyznaję, że to były są moje pierwsze knedle. Pomimo, że je uwielbiam nie miałam do tej pory śmiałości się za nie zabrać. Wykorzystałam podobno niezawodny przepis z blogu Aklat i...Udało i faktycznie udało się :). Niebo w gębie!!!

Knedle ze śliwkami

knedle ze śliwkami

Czas przygotowania (z gotowaniem): ok. 40 min.

Potrzebne będą:

- Garnek z prostymi ściankami do pierwszego wyrobienia ciasta

- Stolnica do końcowego wyrobienia

- Praska do ziemniaków

- duży, jak najbardziej rozłożysty garniec do gotowania

Składniki (dla 2 mega żarłocznych pochłaniaczy knedli, bądź 3 kulturalnie jedzących osóbek ;) - 18 sztuk):

- 30 dag gotowanych ziemniaków

- 30 dag białego, półtłustego sera

- ok 1 szklanki mąki

- 1 jajko

- cukier

- ok 60-70 dag śliwek

- cynamon, smietana, cukier, jogurt naturalny, masło (do posypania, polania, wedle uznania)

Do dzieła:

Zakładając, że ziemniaki mamy ugotowane wcześniej. Pracę nad knedlami rozpoczynamy od oporządzenia śliwek. Myjemy, suszymy, wyciągamy pestkę (nie roztywając owocu - będzie łatwiej lepić). Nastawiamy garniec z lekko osoloną wodą. Następnie ciasto. Ziemniaki i biały ser przeciskamy kilkakrotnie, dokładnie przez praskę aż uzyskamy jednolitą w barwie masę, bez widocznych kawałków ziemniaków, ani grudek sera. Doadajemy jajko, stopniowo mąkę i wyrabiamy. Mąkę dosypujemy w miarę wyrabiania aż uzyskamy ciasto o odpowiedniej, lekko kleistej, ale zwartej konsystencji. UWAGA! Knedle będzie się łatwiej sklejało, jeśli ręce przed każdym oprószymy mąką (miałam z tym na początku nie lada problem ;)). Odrywamy od ciasta kawałki, formujemy krążki, wsadzamy na środek śliwkę (uprzednio sypiemy do jej środka pół łyżeczki cukru) i zalepiamy ciato, tworząc foremną kulę. Gotowe knedle układamy na ściereczce. Gdy już wyjdzie nam całe ciasto - gotujemy. Wrzucamy knedle partiami (rosną!), aby się nie posklejały. Gotujemy 3 min. od wypłynięcia partii na powierzchnię. Wyjmujemy łyżką cedzakową na talerz, podajemy gorące z ulubionymi dodatkami. Pycha!

 

knedle ze śliwkami

Ważna uwaga - dobrze, jeśli śliwki są dobrze dojrzałe, wtedy cudnie, na miękko, się w knedelku ugotują i będą rozpływały się w ustach (takie pamiętam z knedli nad knedlami mojego dziadka). Ja użyłam dość twardych, zielonkawych jeszcze w środku (na świeżo takie lubię najbardziej), dlatego niestety nie rozpadały się po przekrojeniu knedelka, co nie zmieniło faktu ich pyszności.

poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Żółte i zielone, w środku czerwone, wzdłużne dyniowate w akcji

cukinia faszerowana

Cukinia, kolejna moja wakacyjna miłość. Nie mam pojęcia dlaczego, ale ją uwielbiam. W każdej chyba postaci. Duszona, pieczona, grillowana, smażona...Za każdym razem dostarcza mi ogromnej frajdy. Faszerowaną robiłam zawsze w wersji mięsnej, mocno pomidorową, z czosnkiem, cebulką, oregano, obowiązkowo obficie opruszoną żółtym serem, najlepiej mozzarellą, coby pięknie się przypiekła i nieziemsko ciągnęła, mmm. Ostatnimi czasy jednak, ograniczyłam znacznie spożywanie mięsa, a cukinia nadziewana jak za mną zwykle o tej porze roku chodziła, tak czyniła to nadal. Postanowiłam poddać mój sprawdzony przepis metamorfozie i o dziwo, a ku mej uciesze, skutek był wyśmienity :).

Cukinia faszerowana czerwonym ryżem

Czas przygotowania potrawy (z pieczeniem): ok.  1 godz.

Niezbędne przybory:

- blaszka do pieczenia albo naczynie żaroodporne

- garnek, patelnia

- ostra łyżka do wydłubania gniazd nasiennych

- ostry, długi nóż

Składniki:

- 4 - 5 małych cukinii

- Szklanka ryżu

- 3 mięsiste pomidory

- 2 łyżki koncentratu pomidorowego

- ser żółty 80 - 100g (np. gouda, albo inny łagodny)

- mozzarella ok. 100g

- połówka średniej cebuli

- 3 ząbki czosnku

- łyżeczka suszonego oregano

Do dzieła:

Gotujemy ryż na sypko. W międzyczasie, na patelni, na oliwie podsmażamy cebulę na szlisto i czosnek, dodajemy obrane ze skórek, pokrojone grubo pomidory. Smażymy aż powstanie nam gęsta pulpa. W czasie, gdy składniki farszu się pyrkolą oporządzamy cukinie: myjemy, każdą przekrawamy na pół i wydłubujemy łyżką gniazda nasienne. Ugotowany ryż przelweamy zimną wodą, następnie wrzucamy na patelnię do smażacej się pulpy, dodajemy koncentrat, chwilę razem smażymy, doprawiamy oregano, reszta podle gustu. Na końcu, do ostudzonej nieco masy dosajemy starty ser (np.gouda). Faszerujemy cukinie masą, tak aby lekko wystawała ponad powerzchnię. Na wierzch kładziemy cienkie plastry mozzarelli. Wstawiamy na blasze, bądź w naczyniu żaroodpornym, na ok. 40 min. do nagrzanego na 180C piekarnika. UWAGA! Czas pieczenia zależy od wielkości i gatunku cukinii, ostatecznie muszą wyjść z pieca mięciutkie. Waidomo jednym przychodzi to z mniejszym, innym z większym trudem :). Oczywiście ser na wierzchu musi być pięknie przypieczony! Moim zdaniem ta jarska wersja dorównuje tradycyjnej mięsnej, jak bum cyk cyk. Mi bardzo smakowała. Można podawać z keczapem, albo sosem czosnkowym, my wsuwaliśmy samą.

cukinia faszerowana

niedziela, 09 sierpnia 2009
Kruchutki

krówki

To moje bez dwóch zdań ulubione słodkości z kategorii "cukierki". Największą namiętność budzą te pachnące mlekiem, rozkosznie rozpływające się w ustach...Są różne, jak różne są krowie łaty. Krówka krówce nierówna. Miłością mą są kruchutki, lekko tylko wilgotne w środeczku, ale nie ciągniące. Takie, których spożywanie to prawdziwa, niczym nie skalana przyjemność. "Ciągutek" nie kocham, kleją mi się między zębami, sprawnie wciskają w każdą przestrzeń w ustach, odczuwam przy nich dyskomfort.

Kolekcjonuję ich smaki, których świadectwem ostają kolorowe papierki :). Każdy nowy rodzaj kupuję, testuję i oceniam w mojej krówkowej skali. Każdy ma jakiegoś bzika, jak mówiły słowa dziecięcej piosnki z mojej młodości ;). Czasem mam wrażenie, że teraz dopiero mogę utożsamiać się z tekstem. Najgorsze są te mocno waniliowe, których to sztuczne aromaty przesłaniają ten oryginalny maślano-mleczny, który czyni krówkę krówką. Zawsze ze strachem biorę też do ust kakaowe - czy nie "sypnęło" im się nadto? Najpyszniejsze jakie miałam przyjemność do tej pory smakować to krówki produkowane przez zakłady Jedność, w pomarańczowym papierku, są niemal idealne.

krówki

Samodzielnie też od niedawna poszukuję hiperkrówki, przyznam, że idzie mi całkiem nieźle, jak na początki. Popracować jeszcze muszę nad "trafianiem w punkt" z tężeniem masy. To trudne i wymaga nie lada wyczucia. Masa nie może być ani za rzadka - ciągnie się i niemiło klei, ani za gęsta - bo twardnieje niemiłosiernie i miast kruchutek wychodzą kamyczki. Musi być poprostu idealna. Robiłam już trzy podejścia, jest progres ;). Spróbujcie sami jeśliście amatorami tej naszej tradycyjnej, w pełni rodzimej specjalności.

krówki

Kruchutki

Przybory:

- Rondel

- Łycha

- talerzyk

Składniki:

- szklanka mleka

- szklanka cukru

- 50g masła

- opcjonalnie - cukier waniliowy, albo aromat

Do dzieła:

W rondlu, na średnim ogniu łączymy i doprowadzamy do wrzenia wszystkie składniki.

krówki

Po zagotowaniu zmniejszamy gaz i czekamy aż masa zacznie gęstnieć, mieszając od czasu do czasu i czuwając aby masa nie opuściła progów garnca. Gdy zacznie mocno gęstnieć, stajemy nad nią i energicznie mieszamy do momentu aż lekko zbrązowieje, zaczą się na niej pojawiać duże bąble i pocznie lekko odchodzić od ścianek u dna - to jest punkt kulminacyjny. Trzeba w odpowiednim momencie wyłączyć ogień i jeszcze chwilę energicznie mieszać. Przedostatni etap to wylanie leguminki na zwilżony talerz i odczekanie aż stężeje. Na ostatek zostaje nam pokrojenie masy na małe cukiereczki :). Smacznego!